czwartek, 26 lutego 2015

Ku śmiertelnym[1/2][#3]

[#3] Ku Śmiertelnym


Jak zwykle, na Wyspie Inkubów panowała przepiękna, niezmienna pogoda. Delikatne powiewy wiatru, które koiły czułe ciałka demonów paradujących różnorakimi ścieżkami by załatwić swoje sprawy. W tym jeden młody, cyjanek jak go określali ze względu na kolor duszy wskazujący na najwyższy poziom mocy. Kroczył ku pewnej świątyni, dość małej, ukrytej w gąszczu drzew, by nie każdy demon mógł skorzystać z dobrodziejstw małej kapliczki, dającej energię magiczną. Wokół małego budyneczku była polana. Cała roślinność w tym miejscu była niezwykle ożywiona do życia, co podkreślało czarodziejski klimat.
Chris wszedł do środka, ubrany w brązową, skórzaną, ocieplaną kurtkę, granatowe jeansy oraz czarne, męskie, zwyczajne buty. Klęknął na specjalnym podeściku i zaczął emitować wokół siebie mocą. Drobinki kurzu oderwały się aż od ziemi, jak i parę kamieni. Oczy rozbłysnęły cyjanowym kolorem. Dziwna smuga światła przeszyła na wylot demona, który zaczął bardzo mocno dyszeć, opadając twarzą na podłogę, tracąc tym samym przytomność.


Obudził się po trzydziestu minutach na czymś, co można było nazwać dachem wieżowca. Wiatr bardzo nieprzyjemnie zaczął muskać skórę nowo utworzonego ciała w wyniku przeniesienia swej duszy. Podniósł się, ubrany w to, co miał przed swoją "teleportacją", rozpoczynając badanie swymi nowymi, ludzkimi rączkami skóry. W końcu westchnął, podszedł do krańca, nieco nieporadnie przez brak przyzwyczajenia, nad przepaść i spojrzał się w miejską dżunglę.
- Witaj brudny świecie... I Claire... Przybyłem, by pomóc Tobie zyskać miłość swego życia... trudny jest zawód inkuba, rany, rany... - lekko się zaśmiał. - Ciekawe co byś powiedziała, gdybyś mnie zobaczyła... w tym ciele. Smoliste włosy... brązowe oczy... ostre rysy twarzy... Nie ma to jak mówić samemu do siebie - wyszczerzył kiełki, które mimo wszystko zostały w tym ciele. Następnie wsadził rączkę w kieszeń i wyciągnął z niej komórkę, stając się nagle niewidzialnym. Zeskoczył w dół, lądując w jakiejś ciemnej uliczce, stając się na nowo widoczny dla wzroku śmiertelników. Wybrał numer i zadzwonił z uśmieszkiem.

- Dzień dobry, z kim mam przyjemność rozmawiać? - w głośniczku telefoniku rozszedł się bardzo ciepły, delikatny głos kobiety. Był nieskazitelny i nawet mimo kiepskiej jakości linii telefonicznych, dźwięk ten koił nerwy. Niewinny, pasujący do jej nieskalanej brudem duszy.
- Ohayo, Claire! To takie "cześć" z japońskiego. Wiesz, pisaliśmy na chat'ie z awatarami 3D. Dałaś mi swój numer... - został nagle przerwany przez zaskoczoną, podekscytowaną kobitkę w słuchawce.
- Chris! Nie wierzyłam że zadzwonisz! To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Cały czas chciałam z Tobą porozmawiać. Mam wiele Tobie do opowiedzenia.
- Naprawdę? Też chciałem. Mówkaj. Chętnie Ciebie posłucham i Twojego opowiadania. W końcu jesteśmy przyjaciółmi... wypadało się w końcu rozmówić bardziej, um... - zaciął się na chwile, robiąc długie "yyygh".
- Realnie. O to Tobie chodziło, prawda?
- Tak. Widzisz jak mnie znasz? Więc opowiadaj mi o wszystkim.
- Cóż... Aktualnie szykuje się na randkę z Tobiasem. Mówiłam Tobie o nim. Wspaniały... czarujący... sądzę, że nie zasługuje na niego... Nie wiem czy sobie poradzę... Jest idealny, podczas gdy ja jestem...
- Również jesteś tak samo idealna. Zasługujecie na siebie - wtrącił się szybko Chris, nie pozwalając jej na kontynuowanie swych dziecięcych żali.
- Może... nie wiem. Jak tak mówisz, zaufam Tobie. Mówił wiele razy, że mnie nigdy nie opuści... Jestem ponoć jego pierwszą i jedyną miłością. Niby to cztery miesiące znajomości... boje się.
- Nie masz czym, Claire. Kochasz go, prawda?
- Prawda... Kocham go całym sercem. Ale... czy to wystarczy?
- Oh, jeny, jeny. Oczywiście, że wystarczy. Miłość to nie stan finansowy, nie wygląd, nie pożądanie, a kochanie całym swym sercem. Miłość dodaje nam skrzydeł do rzeczy, których normalnie nie jesteśmy w stanie zrobić i należy ufać swemu sercu. Jeżeli podpowiada, że jest to ta osoba, to właśnie tak jest.
- Zawsze ubierasz to w piękne słowa, Chris. Uwielbiam Cię, wiesz?
- Wiem. Zauważyłem to.
- Naprawdę jestem zakochana. Dzięki Tobie nie mam już żadnych zahamowań. Dziękuje, że jesteś. Dało mi to nieco odwagi. Kocha mnie, ja kocham go. Mimo nieco dziwnych emocji, zrobię wszystko, by była to najlepsza randka mojego życia.
- Świetnie. Gdzie się umówiliście i o której?
- Restauracja "Le Bernardin" w Nowym Yorku na godzinę 19:30. Dość luksusowa. Podają tam jedzenie wprost z mórz. Też dlatego się stresuje... on ma dużo pieniędzy...
- Rozumiem. Nie martw się, Claire. Wszystko będzie w porządku. Skoro wynajął taką restauracje to znaczy, że Ciebie ceni. Będę leciał. Mam nieco roboty.
- Okej. A... właśnie, Chris. Mogę Ciebie o coś zapytać...? Ciekawi mnie jedna rzecz. Jesteś tak obeznany z tą miłością. Mówisz o niej w taki sposób... masz kogoś? - zapytała się nieco nieśmiało.
- Niestety... Nikogo nie mam. W każdym razie, powodzenia! Sayonara! - zakrzyknął dźwięcznie.
- Sayonara! - odpowiedziała.

Nastąpiło rozłączenie. Claire zajęła się swoimi sprawami, a Chris wyszedł z ciemnego zaułku i rozejrzał się dookoła, po czym skomentował widok mało zadowolonym westchnięciem. Podszedł do pierwszej kobiety, którą napotkał i dzięki swemu przepięknemu uśmiechowi, ciału, przyciągającej aurze, udało mu się otrzymać informacje na temat położenia Le Bernardin restauracji, do której oczywiście od razu się udał. Była jednakże godzina 16, a do 19:30 brakowało sporo czasu. Zamówił stolik dzięki oczarowaniu pana odpowiedzialnego za nie, a następnie powłóczył się po mieście, starając znaleźć się w nim coś, co mógłby nazwać pięknym.
Niestety, większość czasu spędził na irytowaniu się, czemu większość dusz jest tak ohydnie zabrudzonych w ludzkim świecie. Czuł, że osoba trzymająca drugą osobę za rękę, robi to na tyle mocno, by sprawić ból drugiej osobie. Nienawiść emitująca od potencjalnych kochanków. Smutek, strach mieszany równocześnie z bólem i cierpieniem. Jako, że należał do niezwykle wrażliwych inkubów, potrafił wyczuwać emocje innych ludzi. Przeszywać ich na wylot przez zwyczajne spojrzenie się na nich. Odgrywał dzięki temu kim są, odgadywał ich zachowania. Chris miał w tym niezwykle świetną smykałkę, jako nieliczny z demonicznego świata, potrafił zrozumieć ludzi, często trafiając perfekcyjnie. Zdarzały mu się jednak czasem błędy, za które musiał płacić.

W końcu wybiła godzina 19:30. Młody inkub był już na miejscu. Siedział w zajętym stoliku na uboczu, by mieć jak najlepszy wgląd w sytuacje. Obserwował bacznie wejście swoimi brązowymi oczkami, wyczekując przybycia pewnej pary. Aż je zmrużył i uruchomił tryb ogromnej koncentracji, byleby tylko nie przegapić tej decydującej chwili.
Wtem przybyła para. Piękny, inteligentnie wyglądający Tobias, w okularach. Krótko ścięte włosy w kolorze ciemnego brązu. Delikatny zarost. Dość dobrze zbudowane mięśnie, wskazujące na to, że raczej odwiedza dość często coś takiego, jak siłownia. Ubrany w czarny garnitur z białą koszulą pod spodem i krwiście-czerwony krawat, dodający do jego ogólnego wyglądu nieco drapieżności. Duszę miał czystą, co oznaczało, że nigdy jej nie ubrudził przez "zły, intymny dotyk". Przy jego boku, trzymająca go za rękę kobieta. Niska, piękna, wyglądająca niewinnie. Kasztanowe włosy, rozpuszczone i długie, nieco sięgające za łopatki. Piękne, szmaragdowe oczy. Drobniutkie okularki. Delikatne rysy twarzy, podkreślające jej czystość. Suknia czerwona, przypasowana do niej jak ulał. Metr sześćdziesiąt słodkiej rozkoszy, chodzącej na czarnych szpilkach. Usta podkreślone przez czerwień szminki. Czerń pod oczami w postaci dobrze zrobionego makijażu. Weszli, robiąc wrażenie na tutejszych. Inkub nie mógł tego od tak zostawić i postanowił użyć swej magii, zmieniając muzykę w tutejszych głośniczkach na o wiele bardziej romantyczną. Ludzie się nie skapnęli, było im to obojętnie. Para usiadła
Zaczęli rozmawiać, dosyć się dogadywać. Na ich twarzach były uśmieszki. Jednakże policzki Claire wskazywały na zawstydzenie. Owiały się delikatną nutką czerwieni. Zamówili dość działające na zmysły danie w postaci kawioru, z dodatkiem paru innych wykwintnych dań spowijanych w rozmaite afrodyzjaki. Nieco światło aż przygasło, by dodać szczypty romantyzmu ogólnej atmosferze, panującej w środku. Pomieszczenie zostało rozświetlone przez świecie. Wszystko było gotowe, aby nowa para mogła oddać się sobie, rozświetlając bardziej swe duszę dzięki udanemu połączeniu.
Cyjanek omotał pewnego kelnera, by przyniósł im wysublimowany trunek, jakim było niezwykle stare wino, z 1800 roku.
Po lampce winka, para była nieco bardziej skłonna do rozmowy niż poprzednio. Zaczęli się do siebie zbliżać, karmić nawzajem, uśmiechać. Niemalże nie odrywali od swych oczu wzroku. Każdy ruch, oddech, wszystko, co miało znaczenie było odwzajemnione. Byli szaleńczo zakochani w sobie. Całkowicie oddani. Pragnęli tylko być z sobą na zawsze. Chris aż westchnął z zadowoleniem, aczkolwiek czekał na jeden bardzo istotny moment.
Podano coś z długim makaronem i owocami morza. Claire jak i Tobias przypadkowo zgarnęli ten sam kawałek i zaczęli go pochłaniać niczym spaghetti. Byli coraz bliżej. Atmosfera wokół stała się gorąca. Oczyska pełne miłości i pożądania aż wyrzucały z siebie ową aurę na innych śmiertelników, rozświetlając całą salę. Oddech drugiej osoby stał się wyczuwalny dla tej pierwszej i vice versa. Coś na chwile spowolniło. Uczucie niepewności. Zawstydzenia. Nie trwało jednakże zbyt długo, gdyż chwile później Tobias wbił w Claire swe rozgrzane wargi, składając na nich niezwykle namiętny pocałunek. Pierwszy, długi, przeciągły, nieco niewprawny, ale zmysłowy. Dziewczyna aż straciła swe zmysły, aczkolwiek starała się i z równością odwzajemnić uczucie i akcje. Świat zaczął wirować wokół. Dopiero po zakończonym pocałunku zaczęła powoli odzyskiwać świadomość i rozumieć, co się właśnie stało. Przełamała pierwszą barierę, w tak łatwy, a równocześnie tak trudny sposób.
Para po tym postanowiła zapłacić i wyjść z restauracji.
Inkub postanowił sprawdzić jednakże, czy owa miłość będzie prawdziwa, czy też nie, dlatego i poszedł za nimi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz