[#2] Wyspa Inkubów.
Miejsce dość oddalone od centrum wyspy inkubów. Pewien dom, zbudowany z magicznego, brązowego drewna, czarnego metalu i białego szkła. Wyglądał bardzo przytulnie z zewnątrz, jak i również delikatnie, subtelnie, bez przepychu i niepotrzebnych dodatków. Skromnie, aczkolwiek ciepło. Okrągłe drzwi, jak i okna dodawały szczypty inności, oryginalności.
Wnętrze tego budynku było piekielnie czyste. Można by było wykonać w nim nie jedną operacje, nie przejmując się przy tym zarazkami. Białe podłogi z piaskowca, pokryte miłym w dotyku czarnym, idealnie kontrastującym dywanem. Wiele dodatków w postaci szafek, półek z książkami, słoików, kryształków, ubrań grzecznie zawieszonych na wieszakach, obrazów namalowanych w sposób hiperrealistyczny, ale wyglądające tak majestatycznie nierealnie, że zmusiłaby śmiertelnika do złapania głębokiego oddechu i uspokojenia swego wewnętrznego "ja".
Po salonie tuptała z jednego krańca na drugi kraniec pokoju pewna istotka. Niebieska skóra, delikatna i gładka, przepięknie się błyszcząca pod wpływem światła. Włosy długie do pasa, granatowe, zadbane, wyprostowane, z pojedynczymi, ciemno-fioletowymi pasmami. Elfie, długie uszy, niezwykle wyczulone. Rogi, kręcone niczym u barana, w kolorze granatu. Nagi do pasa, dzięki czemu można było zobaczyć jego apetyczne, delikatnie wyrzeźbione mięśnie brzucha i klatki piersiowej. Twarz niewinna, spokojna, odprężona, tworząca jak gdyby aurę spokoju i harmonii wokół siebie. Piekielnie czysta, co podkreślały delikatne rysy twarzy. Cyjanowe oczyska z pionową źrenicą, które pomimo jego bardzo anielskiego wyglądu, potrafiły przyprawić śmiertelnika o dreszcze i podkreślały, że jest jednak istotą bardzo niebezpieczną. To samo tyczyło się jego kiełków ostrych jak brzytwa, które z pewnością mogły przebić się przez czyjąś skórę i wyssać krew do ostatków, zabijając tym samym przybysza. Ostatnim z jego dodatków był długi ogon, półtora razy większy niż sam inkub. Trzymał w nim jakąś ludzką zabawkę w postaci tableta. Jako drapieżna rasa, wyróżniała się dość sporymi rozmiarami. Jeden metr i dziewięćdziesiąt cztery centymetry pozwalały splunąć prosto na głowę większości ludzi.
Zwał się on Chris i uśmiechał się do ekraniku niczym dzieciątko, znajdujące nowego przyjaciela do zabawy. Podekscytowany, nie mógł ustać w miejscu. Należał do części inkubów, które kochały pełnią swego serca, raz a dobrze. Romantyk, potrafiący widzieć piękno duszy. Przewidywać zachowanie człowieka nawet mimo nie wchodzenia w jego ciało. Cenił niezwykle wolność, swobodę, prawdę. Wszystko, co pozwalało na prawdziwą miłość, trwającą wieki, a nie bzdurne zachowanie się na parę chwil, utratę swej czystości i odrzucenie uczuć na wieki.
Usiadł sobie, tuptając śliczniutką, zadbaną stópką o podłogę gdzieś przy kominku i zaczął pisać, tykając tableta swymi lekkimi pazurkami.
- Jeeeeny, jeny! Jeeeeny! - wykrzyczał niemalże i wygiął się mocno, tworząc słodki łuk na oparciu krzesełka. Przed sobą dalej miał ekranik, który podążał tam, gdzie spojrzał.
- Czemu się wstydzisz... On zasługuje na Ciebie, a Ty na niego. Jesteście perfekcyjnie dobrani... Ten chłopak pragnie Ciebie z całego swego serca i traktuje niczym boginie. Sam nieco nakierowałem go na to, by oddał się całkowicie w objęcia Twej przepięknej, czystej duszy... Ty też go kochasz... boisz się, że nie jesteś dla niego wystarczająca... Dlaczego jesteś człowiekiem?! On nie patrzy na Twój wygląd... a na charakter... widzi to, co ja widzę. Piękno jednej, jedynej miłości, nie chce innej, mimo że może mieć każdą... Arghh.... - warknął sam do siebie i odłożył tablet gdzieś na stoliku w salonie, zamykając oczy, ewidentnie zmęczony.
- Czemu ludzie nie potrafią kochać... chcą uprawiać seks... idą w krainę pożądania twierdząc, że się zakochali... przez połączenie ich dusz w tak poważnym stosunku, tracą swój kolor, czystość... gdy tylko ten czas miłości pęknie na kawałeczki...
- Może to dlatego, że ludzie to prymitywne, idiotyczne stwory, działające jak małpy? - basowy, męski głos, pasujący idealnie do dowódcy rozszedł się po całym pomieszczeniu domku Chrisa.
Był to kolejny demon, z tego samego gatunku. Jego skóra była szara, lecz nie tak delikatna jak Chrisa. Posiadał o wiele więcej mięśni, ostre rysy twarzy. Smoliste, długie włosy. Ogon stworzony z myślą o zabijaniu przez bardzo ostry kolec na jego samym końcu. Rogi pokryte kościstymi kolcami. Wyglądał przepięknie-przerażająco.
- Q'uer...? - mruknął Chris i otworzył oczy, by spojrzeć na szarego demona, ubranego w czarną koszulę z czerwonym krawatem, czarne spodnie jeansowe i coś, co można było nazwać obuwiem ciężkim w postaci glanów. Bardzo ludzko, lecz pozwalało to często na lepszą integracje, albo utworzenie pseudo-ciała, o ile miało się potężną moc. Niebieski demon podniósł się szybko z krzesła i podszedł do jakiejś półki, z której ściągnął dwa kubki i postawił je na stole. Następnie uniósł nad nie ręce. Pokryły się one dziwnym, błękitnym płynem. Oczy inkuba zaświeciły się mocnym cyjanem. Następnie ciecz zaczęła wlatywać do kubków. Po paru krótkich chwilach dwa kubki z szarej porcelany zostały napełnione do pełna. Oboje usiedli przy stole i wzięli się za spożytkowanie wywaru bogów.
- Co Ciebie tutaj właściwie sprowadza, Q'uer? - zapytał się po chwili Chris z zaciekawieniem wyrytym na twarzy.
- Słyszałeś już. Inkuby zabijają się między sobą. Ci potężniejsi tworzą własne ciała we świecie śmiertelników i stają się księżmi i tak dalej, głosząc słowo nowego boga i bardzo rozgadują się o miłości. Albo pomagają w jakiś poradniach. Pieprzenie o szopenie w każdym razie, ludzie to idioci, nie potrafią kochać i nie da się ich wyedukować w taki sposób. Po prostu tępe łby, patrzące tylko na zysk. Trzeba to wykonać w bardziej brutalny sposób, ale ja to ja, znasz mnie - westchnął przeciągle, unosząc swe nogi ku górze, by następnie ulokować je na stole.
- Fakt. Znam. Nienawidzisz ludzi, podczas gdy ja ich kocham. Dla mnie to istotne... Mają takie przepiękne dusze. Nie lubię, gdy się brudzą... szarzeją, potem czernieją... stają się ohydne. Nie umiem patrzeć na takich ludzi, mimo że staram się ich kochać. Nie chce zmieniać swojego nastawienia... - został nagle przerwany przez beknięcie Q'uera.
- Przestań mi męcić we łbie. Nie lubię tej gadki Twojej o miłości. Dajesz zbyt wiele wolności parom. To źle. W ogóle nimi nie manipulujesz, a posiadasz bardzo potężną moc. Ja bym przejął nad kimś kontrolę. Powiedział miłe słówka, pokazał prawdziwą miłość. Obdarowywał prezentami, lecz pragnął również i odwzajemnienia. Dodałbym nutki zazdrości i szczypty kłótni, by pary zauważyły, że nie wszystko jest takie piękne, by w tych trudnych chwilach potrafiły się odnaleźć. By ich miłość była naprawdę prawdziwa, a nie taka jak Twoja, niczym z Romeo i Julii tych idiotycznych istot - skomentował dość agresywnie i wypił duszkiem błękitny nektar, odstawiając pusty kubeł na stole. - Masz po prostu piękną duszę, cyjanową. Najpotężniejszą ze wszystkich, twe serce jest szczere do bólu. Tylko garstka jest taka, jak Ty. Zrób coś pożytecznego, a nie ślęcz z tym gównianym sprzętem - westchnął i wstał od stolika.
- Fakt... Masz rację, Q'uer. Mam potężną duszę, ale nie zmienię swych przekonań wobec miłości. Nie powinno być w niej nienawiści, zazdrości, złości, bólu, cierpienia. Chce tylko tego, by była prawdziwa, czysta... piękna i nieskończona. Może właśnie przez swój pogląd masz tak ciemną duszę... ohyda... - powiedział z lekko wrednawym uśmieszkiem na końcu. Szary inkub aż dostał ataku złości i zaczął szybko oddychać. Zbliżył łeb do Chrisa i złapał go za szyję ogonem, przybliżając do siebie.
- Uważaj czyją duszę nazywasz ohydną... wyrwę z Ciebie serce i będę bawił się Twoimi zwłokami, pókim się nie zreinkarnujesz, a potem będę torturował w mym pokoju miłości, ale w sposób piekielnie bolesny, cyjanku... - fuknął na niego i pchnął na tyle mocno, by niebieski demon przewrócił się wraz z krzesłem na ziemie. Uśmiech jednak z jego usteczek nie schodził, co wkurzało szarego.
- Oh, wybacz. Zapomniałem, że kiedyś miałeś jasną duszę, lecz sam postanowiłeś ją zabrudzić, dodając do swych metod nieco agresji... Prawie Ciebie zjadł inny inkubik... jeny, ależ to słodkie, zostać prawie pożartym przez sukkuba, w którym się zakochało - zachichotał cichutko i szybko wykonał przewrót w tył, do kuchni. Krzesło zostało rozerwane na strzępy przez szarawą moc Q'uera, który ewidentnie wyglądał na ostro rozgniewanego.
- Niech Cię, kurwiu... złapie... - warknął zirytowany w stronę znikającego Chrisa za progiem swej kuchni.
- Fakt. To była moja wina. Wiem czemu się złościsz. Przepraszałem wiele razy. Ale dzięki Tobie się udało. Prawdziwa miłość, taka jaką pragnę... Znienawidziłeś ją właśnie przez to, że Twoja dusza została przez to nieco zbrukana mrokiem. Było to kosztowne, ale warte.
- Masz szczęście, że przepraszasz... Zabiłbym Ciebie dawno temu, gdybyś nie posiadał tej mocy i nie był tak naiwnie-dobry. Lubię tą dobroć, ale jesteś też pod swą skórą irytującym skurwysynem, wiedzącym gdzie pchnąć... To Twój talent. Potrafisz przejrzeć duszę na wylot, poznać charakter przez samo spojrzenie... zazdroszczę tego Tobie...
- Może kiedyś się nauczysz? - wychylił głowę z uśmiechem i tablecikiem w ogonku, zaczynając nagle coś pisać na nim z niezwykłą ciekawością. - Nie jest to przecież aż tak trudne, Q'uer. Po prostu musisz uwierzyć. Wiem, że dorosłeś. Jesteś starszy ode mnie, przez co sądzisz, że takie i takie związki nie mają racji bytu w świecie ludzi. Ale wiesz co? Ja jestem młody i będę wierzyć, by nie stać się takim nudnym starcem jak Ty. Tylko dzięki nie porzucaniu naszych marzeń i celów jesteśmy w stanie je zrealizować, nie ważne czym są.
- Idiota... po prostu idiota z wyobraźnią... - wzruszył ramionami, zaczynając iść w stronę wyjścia z domku. Pchnął drzwi i stanął w progu, spoglądając na cyjanka z ukosa. - Hej... właściwie... Jak tam ta nowa para, którą próbujesz wyswatać, mając nadzieje że to będzie ta jedyna, prawdziwa miłość, która przetrwa wieki?
- Dziewczyna się wstydzi... - mruknął Chris.
- No tak, ludzie... i ich debilizmy.
- To jest słodkie. Dzięki wstydowi, starają się bardziej o siebie. Ona go pragnie, on również. Podchodzą pod siebie w interesujący sposób. Dają sobie prezenty. Bawią się w romantykę. Myślę, że niedługo się pocałują! Pierwszy ich pocałunek! Ani on, ani ona się nie całowali przez te całe życie! - powiedział w sposób entuzjastyczny.
- Męczysz mnie... U mnie by się już dawno temu pocałowali. Nie wiesz naprawdę na czym polega miłość luuudzka... jesteś tak irytujący, jak ludzie... w sumie jeszcze bardziej... Idę...
- Do rzeczywistości śmiertelników?
- Yhym. Tak. Dokładnie tam. Utworzyłem swoje ciało, dlatego przyszedłem do Ciebie by nachlać się tego energetycznego koktajlu, by starczyło mi mocy.
- Rozumiem. Zatem powodzenia, Q'uer. Nie rób z nich wyuzdanych dzikusów... Proszę. Niech nie tracą swej czystości w tak ohydny sposób... by potem odeszli... - mruknął nieco zasmucony.
- Za bardzo mi nie ufasz, Chris. Też lubię miłość. Nigdy nie sprowadzam kontaktów do czegoś takiego. Jestem z tej "dobrej ligi" w wojnie inkubów. Nie przejmuj się, cyjanku - mrugnął do niego i wyszedł z domku. - Żegnaj! - krzyknął.
- Na razie, Q'uer! Przyjdź cały i zdrowy jeszcze! - pomachał mu i zamknął drzwi za pomocą energii. Użył magii do naprawienia krzesła, na którym usiadł, po czym zaczął pisać z dziewczyną na tableciku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz