czwartek, 26 lutego 2015

Ku śmiertelnym[2/2][#4]

[#4] Ku śmiertelnym


Była to niezwykle ciemna noc. Księżyc z ledwością odbijał fale słońca i rozjaśniał swym srebrem ciemne ulice, przy których lampy straciły swą światłość wieki temu. Na szczęście pewien pojazd, BMW 530d, pokryte czarną farbą z dodatkiem przyciemnionych szyb, jechało w stronę bardziej rozjaśnionych terenów Nowego Jorku. Zatrzymało się przy dość prestiżowym hotelu z przynajmniej trzema gwiazdkami. Tobias wyszedł z pojazdu i jak prawdziwy dżentelmen, złapał Claire za rękę i elegancko wyciągnął ją z pojazdu, zamykając drzwi i włączając alarm, by owa bestyjka nie została skradziona przez próżnych rabusiów. Następnie razem przeszli w stronę przepięknie udekorowanej bramy tymczasowego lokum i weszli do środka, gdzie powitały ich uśmiechnięte twarzyczki personelu, wskazujące drogę do pokoju "miłości". Zakochana w sobie para po uszy postanowiła pójść schodami w samotności. Tworzyło to dość specyficzną aurę, w której ciężko się aż oddychało. Bliskość, pragnienie, ale jeszcze nie był to moment, by móc upamiętnić tak wspaniały dzień.

Chris natomiast wdrapał się na wieżowiec, który stał idealnie na przeciwko hotelu i mieszkanka, do którego Claire oraz Tobias mieli się udać. Inkubek jednakże nie był szczególnie zadowolony z takiego obrotu spraw, zbyt szybkiego jak dla niego. Ale dał szanse, nie przerywał. Milczał i za pomocą swej magii, badał niewidzialnym okiem drużynę kochasiów, którzy wreszcie doszli na szóste pięterko i stanęli przy drzwiach.
Mężczyzna podszedł do kobiety. Wbił w jej czerwone usta swe rozgrzane niemalże do czerwoności wargi i złożył na nich namiętny pocałunek. Jedną ręką złapał jej nadgarstki i przysunął do ściany. Ona mu całkowicie uległa, odwzajemniając nieco agresywny pocałunek. Ich języki rozpoczęły ze sobą figlarne tańce, potęgując doznania, pielęgnując pożądanie i zwiększając coś, co można było nazwać aktualnie miłością. Drugą ręką Tobias wprawnie wyciągnął swe klucze i otworzył drzwi do ich pokoju dzisiejszej rozkoszy, wpychając tam swoją ofiarę i zamykając za sobą, wywieszając przy tym karteczkę "nie przeszkadzać" na klamce.
Zaczął ją dotykać, lubieżnie, pełen podniecenia, powoli ściągając ubranka adekwatne na dość zimną pogodę. Ona również wykonała ten ruch. Jego gruba marynarka zleciała w dół, tak samo jak i buty. Czarne szpilki w odmętach przedpokoju, bezpowrotnie, gdyż aktualnie była prowadzona prosto na czerwone łoże. Nagle została mocno pchnięcia. Upadła plecami na miękki materac, w którym można było się niemalże zatopić. On wskoczył, siadając okrakiem na jej udach. Wygiął się tak, by móc całować jej szyję. Powoli ściągał sukienkę, odpinając ją za pomocą zamka błyskawicznego na plecach. Claire nabrała jak gdyby lekkiej blokady. W jej głowie pojawiła się myśl typu "czy aby na pewno dobrze robię?" Zapytana sama siebie niestety nie otrzymała odpowiedzi. Tobias skutecznie uniemożliwił jej myślenie mocniejszymi pocałunkami. Wywołał uczucie wstydu poprzez szybkie pozbycie się jej sukni i rzucenie gdzieś w boczek, podczas gdy był jeszcze ubrany w białą koszule i spodnie. Patrzył na jej koronkową bieliznę z dziwnym, lubieżnym uśmiechem.Ona odwróciła głowę w bok, płonąc ze wstydu przez jego spojrzenie. Dłonie wylądowały na jej brzuchu, wjechały do góry i zatrzymały się na staniku. Szybki ruch kciukami z palcami, a czarny, koronkowy stanik puścił, odsłaniając dwie może i małe, aczkolwiek przepiękne piersi. Wpierw je złapał swymi rękoma, zaczynając masować, delikatnie ściskać, aby następnie dodać do gry swoje dorodne usta. Pierwszy pocałunek w bródkę, potem w dół, pod szczęką, znów w dół, obojczyk, potem mostek. Włóczył tak powoli swymi wargami, dochodząc w końcu do dolnej części jej ciałka. Za pomocą ząbków odsłonił kawałeczek i ściągnął w dół. Wycofał dłonie, dopomagając nimi sobie w procesie usuwania czarnych, zmysłowych stringów, które poleciały gdzieś na koniec pomieszczenia. Następnie ucałował wzgórek i przejechał niezwykle delikatnie po pragnącej ulgi waginie, z której ulewał się nieśmiesznie bezbarwny płyn. Jęczała pod jego dłońmi i pocałunkami, pragnęła szybkiej ulgi i wreszcie rozstania się ze swym dziewictwem, wchodząc w nowy świat. Tobias szybko ściągnął z siebie koszulę, której Claire przez zawstydzenie nie sprostała wyzwaniu, a następnie puścił w dół spodnie z bokserkami, ukazując tym samym nabrzmiałą erekcje, spory okaz, z którego wyciekło już nieco preejakulantu.
- Czekaj Tobias... - jęknęła przeciągle, rozgrzana. - Bądź... delikatny... proszę... - dodała.
Mężczyzna przytaknął jedynie, nie dodając jakiś specjalnych słówek. Przysunął swą dzidę do odpowiedniego miejsca, czyli niebiańskiej bramy. Ułożył się na niej nieco wygodniej, kładąc ręce przy jej głowie, a następnie wykonał pierwsze, szybkie wejście, by dziewczyna nie cierpiała zbyt mocno. Rozległ się przeciągły, bolesny jęk, a krew zaczęła ulatywać z bardzo delikatnej szparki. W jej oczach pojawiły się łzy. Tobias nie wykonywał jeszcze kolejnych pchnięć, dając jej się z tym oswoić. Pocałował ją w usta, popieścił rączką włosy i przysunął się do ucha.
- Będzie Tobie ze mną jak w niebie... tylko słuchaj się mnie... ja tutaj rządzę... - powiedział dość kusicielskim, władczym tonem, po czym rozpoczął serie spokojnych pchnięć, a żeby przyzwyczaić Claire do tejże słodkiej rozkoszy, którą niedługo poczuje z biegiem czasu. Jej ręce poszły w ruch, badając pazurkami strukturę jego wysportowanego ciała, dokładniej pleców. Starała się wyrzucić ze swego umysłu ból, mimo że przy każdym pchnięciu wydawała ze swych ust bolesne jęknięcie.

Chris obserwował. Nie mógł już cofnąć czasu, ani tego w jaki sposób ich dusze się ze sobą łączyły. Póki co, wszystko było w porządku, lecz w jego umyśle zaczęły szwendać dość czarne myśli. Zacisnął ręce w pięści. Przykucnął, zmienił nawet swoje ludzkie ciało na demoniczne, oczywiście tylko pod względem wyglądu. Machał z niecierpliwością ogonem. Wtem doszło do czegoś nieoczekiwanego.

Tobias zaprzestał pchnięć, zmienił pozycję, przysuwając swego "obślizgłego fernando" prosto do ust Claire, a sam zbliżył się do jej rozdartej niebiańskiej bramy. Ona zmarszczyła brwi i pokiwała głową na boki.
- Wybacz... nie zrobię tego Tobias... - chciała coś jeszcze powiedzieć, gdy ten najzwyczajniej w świecie dźgnął ją w usta swoją dzidą, próbując wpakować penisa do środka. Dziewczyna, oburzona zachowaniem swojego partnera, i nieco wystraszona taką sytuacją, odrzuciła go nieco w bok. Mężczyzna się wkurzył. Jego błogość na twarzy zmieniła się w irytacje. Na twarzy pojawił się wręcz demoniczny uśmieszek, który nie był ani trochę przyjemny w tej sytuacji. Zmienił pozycję na poprzednią.
- No cóż... skoro nie chcesz czegoś takiego... - wbił się nagle bardzo brutalnie w jej czuły punkcik i zaczął pchać, mocno, agresywnie, szybko, starając się wsadzić cały organ do jej małej części ciała. Ona piszczała wręcz z bólu. Łzy zaczęły lecieć z jej oczu ponownie. Chciała go powstrzymać, ale nie mogła. Złapała go za ręce i zaczęła wbijać pazurki, na próżno. Sprawiło to tylko większy ból, gdyż Tobias wtem wzmagał swe ruchy, dodając do tego jeszcze więcej bólu. Przepiękne zakochanie, które miało zostać skonsumowane przez seks, zostało złamane. Przerodziło się w piekło, zamiast raju. Dusza kobiety zaczęła zmieniać swoją barwę na czerń. Wspaniałość błyszczącego srebrna najzwyczajniej w świecie, przy każdym uderzeniu, znikało. Mężczyzna jednakże czuł się dobrze. Jego barwa dalej była srebrzysta.
W końcu piekło odeszło. Tobias wystrzelił całą salwę prosto w jej pochwę, wypełniając wszyściutko ciepłym nasieniem, które zaczęło po chwili wypływać. Claire starała się jakoś opanować spazmatyczny oddech, łzy i ból. Odwróciła się w bok. Wiedziała, że ta osoba to nie ta, którą kochać pragnęła. Wszystko się rozpadło, dla niej. Mężczyzna wstał z łóżka i uśmiechnął się do niej perfidnie.
- Trzeba było pociągnąć... Mówiłem, ja tutaj rządzę i masz robić to, co mówię... Następnym razem się mnie posłuchaj, bo inaczej będziesz nie do wytrzymania... Idę się myć - powiedział ohydnym, bez zaangażowania głosem, znudzonym, a następnie poszedł do toalety.
Claire nie chciała tego tak zostawić. Wstała, szybko wytarła to, co siedziało w jej środku. Ubrała się i uciekła z hotelu.

Inkub patrzył. Nie wierzył. Coś w jego sercu pękło. Złapał się za klatkę piersiową i zacisnął zęby. Do oczu napłynęły łzy, które zaraz ukazały swe krystaliczne piękno na jego policzku. Objął się rękoma i padł na kolana, nieco pochylając się ku ziemi. Łkał, przegryzając w końcu wargę.
- Czemu.... czemu to jej zrobiłeś...? Czemu do cholery?! Ona by się Tobie oddała! - wykrzyczał głośno, stojąc na krańcu wieżowca. Zacisnął pięści i zaczął nimi uderzać w betonowe podłoże, zdzierając sobie skórę i łamiąc kostki. Niebieska krew pokryła szarą płytę.
- Kurwa mać! Czemu?! Mieliście mieć piękne, srebrzyste dusze! Wasza miłość miała być jedyną, prawdziwą... Nie chciałem naginać waszej woli... miłość powinna dodawać wolności... swobody... Więc czemu?! Czemu to się musiało tak potoczyć?! Idiotyczni ludzie! - machnął głową w bok, zaciskając oczy, z których wypływały łzy. Ułożył swoje czoło na zimnej powierzchni, uderzając jeszcze kilka razy ręką o beton.
- Czemu nie rozumiecie czym jest prawdziwa miłość... czy ludzie potrafią jeszcze kochać...? Straciła to... co w niej ceniłem najbardziej... odebrał Tobie niewinność... Jesteś taka sama, jak wszystkie inne... nie ma w Tobie już magii... Nie jesteś z nim... nie możesz rozbłysnąć... czemu to zrobiliście... czemu to zrobiłes...? - uniósł nagle głowę do góry, spoglądając na okno. Zauważył, jak mężczyzna wychodzi z toalety. Gdy ten spostrzegł brak kobiety na łożu jak i jej ubrania, jego barwa zaczęła czernieć.
Wydzwanianie. W końcu odebrała komórkę, wyglądał na przejętego. Zmieniło się jego nastawienie. Zaczął sądzić, że to jest już koniec i nie dostanie drugiej szansy, a to sprawiło zmianę w jego duszyczce. Stawała się czarna.
Demon wziął głęboki oddech. Patrzył z nienawiścią na okno. Wstał. Jego ciało zaczęło emitować energią, która zregenerowała jego dość dotkliwe rany. Spojrzenie było pełne wkurzenia. Nie był już tym samym słodkim cyjankiem, co chwile temu, a ukazał swoją prawdziwą, niebezpieczną stronę.
- Zabije Cię... zabije... zabije... zamorduje... poćwiartuje.. za to, że zabiłeś jej czystość... za to, że zaufała, a Ty ją zbrukałeś... - przygotowywał teleportacje, gdy nagle ktoś złapał jego ramie i pociągnął w tył, ciskając mocno w ziemie.
Był to Q'uer we swej ludzkiej formie. Młody mężczyzna, czarna koszula, czerwony krawat, spodnie jeansowe w kolorze czarnym, długie, smoliste i puszyste włosy, sięgające do łopatek. Położył swego glana na jego klatce piersiowej i oparł się rękami o kolano, kiwając głową na boki.
- Idiota... Chcesz aby Twój cyjanek również zniknał z Twej duszyczki, pokrako? Kierując się nienawiścią... - nagle jego nóżka została odrzucona, a on powalony mocno na ziemie. W oczach Chrisa tkwiła zimna nienawiść, niepowstrzymana, niemalże maniakalna. Stracił kontrolę nad swoją bestią i ryknął głośno na Q'uera, ukazując ząbki. Szaraczek jednak szybko wstał, otrzepał się i przywrócił sobie również demoniczną formę.
- Chcesz to załatwić w ten sposób... co, cyjanku? Nie masz ze mną szans w walce... - przedsięwziął odpowiednią postawę do walki, napiął ogon i czekał, aż bestyjka go zaatakuje. Wiedział dokładnie jak się zachować z kimś, kto teraz nie myśli racjonalnie. Chris zaczął biec, szybko, żądny krwi i pomszczenia swej przyjaciółki, którą traktował jak siostrę, prosto na swojego przyjaciela. Wyrzucił w trakcie fale tnącą ze swych pazurów, a następnie rzucił się na niego z pazurami. Q'uer wykonał szybki przewrót w bok, a następnie, będąc dalej na kuckach, złapał cyjanka za nadgarstki, przechylił się mocno w tył i za pomocą swych buciorów, przerzucił go na tyły. Następnie wstał, nie dająć bestyjce na kontratak, podbiegł i wykonał potężne kopnięcie prosto w jego twarz. Odrzuciło go to na kraniec wieżowca. Zaczął kroczyć w jego stronę. Chris z ledwością wstał, kontynuując bieg. Coraz więcej wypuszczał energii, z czego nie był zadowolony szary Inkub. Nagle niebieski demon zaczął ładować we swych ustach potężny pocisk. Stanął w połowie drogi i wystrzelił laser. Z ledwością Q'uer zablokował uderzenie tarczą, która pochłonęła połowę jego mocy. Wiedział też, że potworek z którym walczył ma znacznie większe pokłady mocy, co go zmartwiło.
- Chris! Opamiętaj się! Jeżeli teraz spieprzysz i oddasz się nienawiści oraz bezgranicznemu smutkowi, zatracisz siebie i JUŻ NIGDY NIKT NIE ZAKOCHA SIĘ PRAWDZIWĄ MIŁOŚCIĄ! - zakrzyknął głośno. - Że przeszło mi to przesz gardło... - dodał na samym końcu zdanko pod nosem i czekał na reakcje. Zauważył, że cyjanek zaczyna się uspokajać i płakać na nowo. Padł na kolana, łkając głośno i wymierzając swe ręce w stronę nieba.
- Chce coś zrobić... sprawiłem jej ból... mogłem ją ostrzec... mogłem powiedzieć, że to nie ta osoba... ale myślałem... mogłem użyć mocy i sprawdzić co ma w głowie... albo przejąć kontrolę nad nim... ale... ale... - nagle Q'uer go objął, gdyż podczas płakaniny skrócił dystans. Głaskał jego plecy, mocno wtulając we swe ciało, kucając.
- Chris... Teraz nic nie zrobisz z tym... Ale nie brudź swej barwy, bo wyjdziesz na podobnego drania, zaprzepaszczając tak potężny talent... Wiem, że jesteś delikatny, chuju... ale weź się w garść... Wracajmy do Wyspy Inkubów... Uspokójmy się tam... Znajdziesz nowe istoty... zmienisz świat, ale jezeli teraz się poddasz i ulegniesz mrokowi, już nigdy nie dokonasz niczego magicznego... nie połączyc ludzi w prawdziwej miłości... - wplótł dłoń w jego włosy, zaczynając je przeczesywać. - Chodźmy...
- Dobrze... chodźmy... - mruknął, powoli się uspokajając. Zamknął oczy, ładując moc do teleportacji.
- Wiem, że to ciężkie... ale uda się Tobie. Porażkę potraktuj jako nauczkę, że spieprzyłeś.
- Nie chce o tym rozmawiać... prosze... Nienawidzę... gdy coś powinno być ze sobą... a w tak bzdurny sposób coś niszczy... Powinni się kochać... a nie nienawidzić... znali się tylko cztery miesiące... a ona poszła z nim zbyt szybko do pokoju... to... później powinno nastąpić... pospieszyli się... Za późno zareagowałem... - nagle dostał plaskacza w twarz.
- Ogarnij się, kozi łbie. Później to przeanalizujesz, ale teraz wyłącz swoje smutki i zostaw je na później. Nic z tym nie zrobisz teraz w takim stanie. Kminisz? - zapytał się wkurzony, odsuwając się od demona. Wyprostował się, wsadzając ręce w kieszenie. Zamknął swe oczyska. Po paru chwilach kumulowania srebrzystej mocy, zniknął.
Chris jeszcze kucał, wahając się i myśląc, w jaki sposób mógłby pomóc.
- Nie umiem już z nią rozmawiać... straciła czystość duszy... nie będzie już tak... jak wcześniej... nie jest piękna... jest teraz ohydna... Nienawidzę... tego uczucia... - westchnął przeciągle i sam w końcu zniknął z wymiaru śmiertelnych, pozostawiając na wieżowcu ślady swej krwi i krótkiej walki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz